Szalik, którego nie powinienem był kupować.

Szalik, którego nie powinienem był kupować.

Kupiłem szalik we wzór paisley - ten specyficzny, orientalny motyw przypominający zakrzywione łzy.

Żona odradzała mi go jeszcze w sklepie. Kiedy paczka przyszła do domu, powtórzyła z uśmiechem: „Odeślij go, do niczego ci nie pasuje". Miała absolutną rację. Moja szafa jest prosta, a ten wzór gryzł się ze wszystkim. Nie potrafiłem podać ani jednego racjonalnego argumentu, dlaczego tak bardzo chcę go zatrzymać.

Nie miałem powodu. Miałem tylko dziwne, niewytłumaczalne poczucie, że ten kawałek wełny powinien być mój.

Zostawiłem go wbrew wszelkiej logice. Po czasie dowiedziałem się dlaczego. 

Próg domu rodzinnego

Kilka misięcy później stanąłem w progu domu moich rodziców.

Mój ojciec nie przywitał się od razu. Zatrzymał wzrok na mojej szyi, zamilkł na kilka sekund, po czym zapytał zupełnie innym głosem:

— Skąd to masz?

— Ten szalik? Kupiłem. A co?

— Mój ojciec nosił niemal identyczny. Przez całe moje dzieciństwo.

Mój dziadek zmarł kilkadziesiąt lat temu, na długo zanim przyszedłem na świat. Nigdy go nie poznałem. Wiedziałem o nim tyle, ile mieści się w kilku powtarzanych anegdotach - czyli niemal nic.

A jednak w tamtej jednej sekundzie, w przedpokoju, zwykły wzór na tkaninie ściągnął z niebytu wspomnienie sprzed pół wieku.

Nie wiem, co wtedy zobaczył mój ojciec. Wiem tylko, że przez chwilę nie było go w tym przedpokoju.

 

Ślepy traf

Coś przeszło przez czas, przez człowieka, którego twarzy nie znam, i wylądowało w moim niewytłumaczalnym zakupie. Nie umiem powiedzieć, jak to działa. Nikt tego nie zapisał, nikt nie przekazał mi tego świadomie - a jednak dotarło.

Odzyskaliśmy ten skrawek historii wyłącznie przez ślepy traf. Dlatego, że akurat założyłem ten szalik. Dlatego, że mój ojciec akurat spojrzał i akurat o to zapytał.

Gdyby nie ten przypadek, nosiłbym ten wzór do końca życia w pełnej nieświadomości. Zostałby po prostu dziwnym kaprysem faceta, który kupił coś niepasującego do płaszcza.

Zakładam go teraz częściej. I zakładam coś innego niż wcześniej - jeszcze niedawno był to niepasujący do niczego kawałek wełny, a teraz jest jedyną rzeczą, którą mam wspólną z człowiekiem, którego nigdy nie widziałem. Nic w nim się nie zmieniło. Zmieniło się to, że wiem. 

 

Ile jeszcze takich rzeczy noszę

Od tamtego dnia wraca do mnie jedno pytanie: ile innych rzeczy mam po ludziach, których nigdy nie poznałem.

Część z nich jest niewinna - upodobanie do wzoru, sposób mówienia, jakiś gest przy stole. Część siedzi głębiej i niewinna nie jest wcale. 

Nosimy w sobie znacznie więcej, niż wiemy. Problem polega na tym, że nie mamy jak tego odczytać.

 

Detal bezwartościowy

Nikomu w mojej rodzinie nigdy nie przyszło do głowy, by zapisać, jaki szalik lubił nosić dziadek. I trudno się dziwić - w skali życia to detal bezwartościowy. Błahy do granic absurdu.

Tylko że po kilkudziesięciu latach to właśnie takie błahostki stają się jedynym mostem do ludzi, których już nie ma.

Dziś wiem jedno: wartości tego, co po sobie zostawiamy, nie da się ocenić tu i teraz. Nie wiemy, co za trzydzieści lat nasze dzieci i wnuki będą mogły zrobić z tym, co im damy. Wiemy tylko, że to, czego nie zdołamy zapisać, oddajemy w ręce czystego przypadku.

A przypadek jest bezwzględny - zazwyczaj po prostu pozwala rzeczom zniknąć.

Powrót do blogu